Szukaj
  • Ola Englander - Botten

Piesek ze schroniska

Dzisiaj w pracy, po którymś spotkaniu, jakimś dziwnym zbiegiem okoliczności, nawiązała się rozmowa na temat psów. Ktoś w pracy też ma psa. Oczywiście nie jest to niczym niezwykłym, ale fakt, że pies jest z tego samego schroniska co nasz, jest już zaczątkiem całkiem ciekawej rozmowy. Dwa psy i dwie historie.

Przypomniały mi się dlatego moje wizyty do trzy różnych schronisk. Schronisko numer jeden było ładne i czyściutkie. Powiedziałabym nawet, że przyjemne i jakoś takie zachęcająco hotelowe. Miło tam było i sympatycznie. I nie czułam żadnego nieprzyjemnego psiego zapachu, o który nie byłoby trudno w takim miejscu. Recepcja duża z trzema paniami chętnymi do rozmowy. Osoby wizytujące mogły sobie dowolnie chodzić po korytarzu i oglądać pieski. Większość lokatorów miała osobne pomieszczenia. Z miejsca gdzie stałam widziałam dwie części każdego psiego lokum. Pierwsza część widoczna dla zwiedzających, w oddali zaś kotara i wyjście do części drugiej . Byłam pod wrażeniem. W pierwszej części były krzesełka dla psów, poduszki, kocyki i zabawki. W daleszej części hotelowego korytarza były też sale grupowe. Najwidoczniej dla psów towarzystkich i bardziej chętnych do warunków życia jak na grupowej kolonii wyjazdowej.

Bardzo szybko można było zauważyć, które psy są już tutaj mieszkańcami starej daty a które dopiero niedawno przyjechały. Te nowe reagowały radością i machaniem ogona na mój widok. Te inne nawet nie podnosiły głowy.

Spodobały mi się tam trzy psy. Niestety żadnego nie pozwolono mi obejrzeć z bliska, lub zabrać na spacer, a tym bardziej zaadoptować i przywieźć do domu.

Potem były jeszcze dwa inne schroniska. Już nie takie ładne ani takie pachnące. W każdym miejscu wypełniałam podobną aplikację ze szczegółowymi danymi na temat każdego członka mojej rodziny, rutyny domowych godzin szkolnych i pracy, wielkości domu i ogrodu, typu ogrodzenia i wysokości płotu. Dwie strony wielkości A4. Rozumiem. Schroniska muszą wiedzieć, gdzie i komu oddają niechciane zwierzęta. Ktoś już przecież raz nie chciał tych psów więc lepiej się upewnić, że drugi raz podobna sytuacja się nie powtórzy.

Kilka wizyt do tych trzech schronisk i kilka dodatkowych telefonów. Rozmowy z recepcją i z osobami bezpośrednio związanymi z opieką nad psami. I nic, żadnych postępów.

Moje ogólne odczucia i obserwacje z tych wszystkich miejsc były bardzo proste. Nikt nie chciał oddać nam tych „niechcianych” psów. Z powodów mi niezrozumiałych coś komuś zawsze nie pasowało:

  • Julia, która ma już prawie jedenaście lat była za mała na posiadanie psa ze schroniska.

  • Wskazania wiekowe podawały, że najlepiej zaadoptować „niechcianego” psa jak się jest osobą dorosłą. I oczywiście do takiego domu, gdzie w ogóle nie ma dzieci.

  • Wybrane domy do adopcji to takie, gdzie nie przychodzą goście, gdyż wizyty gości stresują psy i nie pozwalają im na zaklimatyzowanie się i szczęśliwe życie w nowym środowisku.

  • Ogrodzenie było za niskie, bo pies może przeskoczyć każdą przeszkodę poniżej wysokości średniego człowieka

  • Fakt, że pracowaliśmy też był faktem przeciwko nam, bo najlepiej nie pracować aby móc spędzać czas ze zwierzęciem.

Byliśmy bardzo roczarowani i zniechęceni tym co wszędzie słyszeliśmy i chwilowo nawet rozważałam opcję kupna szczeniaka. Jakiegokolwiek. Byłam już zdesperowana i zmęczona

© 2023 by The Book Lover. Proudly created with Wix.com

Projekt i wykonanie: Mateusz Botten, syn